Być może lekkie napomknięcie w lutowym zbiorze zachwytów rozbudziło nieco
Waszą ciekawość, dotyczącą podarowanej tajemniczej książki. Klaudynie
zawdzięczam poniżej opisane, gęste od niezgody, współczucia i bezsilnego
gniewu. Wciąż świeże, nieokrzepłe refleksje, unoszą się rozedrgane wzruszeniem
z otrzymanego podarunku, jak przeczucia jego wewnętrznej obfitości. Postać
Milevy po raz pierwszy wynurzyła się przede mną spomiędzy szpalt kobiecego
magazynu, kilka lat temu. Szkic sylwetki cierpliwej i pokornej badaczki,
podległej kakofonii konwenansów i zduszonej jarzmem obowiązku już wówczas
rozbudziło mój sprzeciw wobec wewnętrznego rozdarcia. Wyrzeczenie się siebie
dla genialnego męża przybiera formę potulnego cierpienia przysłoniętego
mlecznym kloszem rodzinnej sielanki. „Pani
Einstein” stanowi owoc drobiazgowych poszukiwań i osobistych
fascynacji Marie Benedict.
Oparta na
solidnym podłożu szerokiej bibliografii, pamiętników głównej bohaterki oraz jej
listów, należy do jednej z opowieści zbyt długo niknących w gąszczu
spekulacji, domagających się wydobycia na światło dzienne melodią
monotonnego głosu przebijającego spod splątanych naukowych formuł, przyćmionych
blaskiem geniusza.
Ścieżki interpretacyjnych poszukiwań wytyczyłam opierając się na moich
oczekiwaniach i przypuszczeniach, a lekturę wzbogaciły wrażenia samej Klaudyny (stuk!) i enigmatyczny impas położenia Milevy skontrastowany z biografią Marii
Curie-Skłodowskiej. Drążyłam więc powieść z wyostrzoną uwagą, niekiedy strofując
główną bohaterkę, innym razem złorzecząc Einsteinowi, nakreślając sieć
równoległych między tą parą a resztą bohaterów, świadoma nieprzystawalności
jednostkowych losów i niemożliwości nagięcia do cudzych wyobrażeń. Geometryczną
obojętność biegu przeznaczenia reguluje nieodwracalność zdarzeń i brak
stycznych pomiędzy jednostkami, dyktowany prawidłami społecznymi oraz – co
równie istotne – charakterami samych figur, odkształcającymi się w tym
ślepym zdążaniu do celu, weryfikowanego biegiem lat.