Jeżeli któryś z miesięcy miałby zyskać miano odmieńca pośród swoich
braci, niewątpliwie byłby nim Luty – szarzejący pod popiołem udawanej
pokory gołębia, łudzący niepozorną posturą, pochylający główkę po to, by naraz
potrząsnąć kaskadami platynowych, oszronionych loków i spojrzeć z figlarnym
uśmiechem ulicznika. Idealna pełnia księżycowego cyklu wydaje się być zatoką
wiosennego przebudzenia, słonecznych piruetów i motylich walców, ale
przygaszona neutralność barw kunktatora wypełnia każdą kolejną dobę zniecierpliwieniem
i wyczekiwaniem.
Nie, mój Luty nie był monotonny, ale nieco okrutny. W swojej błazeńskiej
rozciągliwości upychał po kieszeniach kolejne wyzwania i sprawy zasupłane
jeszcze na ćwiekach wczorajszych obowiązków. Mogę jednak spojrzeć w te rozgwieżdżone
oczy, koloru rtęci – jak i moje własne – dziękując za skarby, które mi
podarował, jakby wynagradzając te swoje osobliwe igraszki, mieszające
lepkość zbrylonego błotem śniegu z bladością rachitycznego słońca.
Chciałabym się dzisiaj podzielić z
Wami ławicą tych drobiazgów, oświetlających mi żywym blaskiem urzeczeń dni
zdyszane, jeszcze nie wytrącone z ospałości, jakby oswajające się z
wciąż wydłużającymi się, niewygodnymi ciałami.