poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Ze snu w sen - "Partick Ness "Siedem minut po północy"

Sny zakradają się nieoczekiwanie, często nieproszone, gęste od wspomnień i ciężkie od skłębionych lęków.  Nie wiem, kiedy zaczynają się takimi stawać, pamiętam jednak, że w dzieciństwie śnienie należało do moich ulubionych czynności. Teraz często w środku nocy otrząsam się nagle ze snu-intruza, przykładam dłoń do rozpłomienionego czoła i spoglądam w okno. Podobno to najlepszy sposób, by jak najszybciej zapomnieć o koszmarze. Drzemią domy, wczepione ufnie w łagodne wzgórza, kominy wzdychają jeszcze smużkami sinego dymu. Ponad różnokolorowymi dachami piętrzą się bukowe lasy, obrzeżone chłodem butelkowej zieleni sosen. W noce pełni wszystko zalewa śmietankowo-srebrzysty lukier księżycowej poświaty, a pejzaż staje się nierealną klechdą opuszczonej wsi.

Pewien chłopiec miał koszmary. Spojrzenie w okno sypialni nie mogło pomóc mu przepędzić złych snów, ponieważ widok rozpościerający się za szklaną taflą stanowił przedłużenie onirycznych wizji. Od wielu miesięcy wybudza się o tej samej porze, z jednego koszmaru zapadając w kolejny, równie wyrazisty, okrutny kaleczącą prawdą, domagającą się ujścia. Chłopiec ma na imię Conor, a granicę światów odmierza „Siedem minut po północy”. Tę niezwykłą opowieść otrzymałam od Klaudyny, która obdarowała mnie czymś więcej niż tylko czytelniczym uwikłaniem w splątanie gwałtownych emocji. Wejdźcie, proszę snu ze mną, do kołujących rzeczywistości jawy i snu przeszywających drzazgami strachu, niezgody i dezorientacji. Podłogę zaściela gruby dywan z chroboczącego igliwia, ozdobiony trującymi jagodami, stąpajmy więc ostrożnie. Milczmy, by nie spłoszyć trwożliwie drżącej odwagi. Zasłuchajmy się w opowieść wiekowego drzewa, pocieszmy spojrzeniem chłopca. Ważne, by wiedział, że go dostrzegamy. Wówczas opowie nam swoją własną historię.



„Siedem minut po północy” to ubogacająca w trudną wiedzę, poruszająca, wielowarstwowa opowieść o relatywności prawdy i żmudnym oswajaniu się z nią. Ness nie tyle nawet ukazuje proces ujarzmiana lęków, co ich afirmację i przyznanie się do własnych słabości, samo w sobie będące aktem męstwa i zwycięstwem, pozwalającym na przekroczenie granicy wstydu i przełamania ciszy. To wspaniała, lecz szarpiąca wrażliwością historia o wstydzie, przełykaniu dławiącej goryczy, bezgłośnym krzyku o dostrzeżenie oraz walkę o postradaną powszedniość. Nici powieści autor wysnuł z pomysłu Siobhan Dovd, której zamiar stworzenia powieści o chłopcu został udaremniony porażką w starciu z chorobą. W takim ujęciu historia Conora staje się przedłużeniem czasu, którego zabrakło Siobhan, a Ness tym samym podejmuje sztafetę „rozrabiania”, jak sam określił w przedmowie swój proces twórczy.

sobota, 8 kwietnia 2017

Rozmarzony... czary-mary Marca


Marzec – starzec, chciałoby się powiedzieć, kiedy spojrzy się na kalendarz. Młodszy brat Lutego odszedł przecież ponad tydzień temu, rozciągając się rozleniwieniem aż na pierwszy tydzień Kwietnia, wciąż mglisty, zamyślony, lecz czujny. Rozważniejszy od Lutego, lecz wcale nie bardziej opanowany, podatny na kaprysy porywistych powiewów znużenia, nieco rozdrażniony przeciągającym się oczekiwaniem na ciepło, które pozwoliłoby w końcu wyprostować ramiona przygarbione przez kłujący mróz. Marzec to czarodziejski uciekinier, wystawiający twarz do słońca, marzyciel szczelnie otulony peleryną, przefastrygowaną jeszcze szronem, a puszystą ogonami odchodzących lisów ostatnich polarnych zawiei. Wyczerpany całodzienną wędrówką, skłaniał ciężką głowę na coraz późniejsze zachody słońca, skłębione ciężkimi kobaltowymi chmurami, lamowanymi złotem żywicznej nadziei na wytchnienie.

Rzadkie wizyty słońca Marzec wynagradzał mi ciepłem barw, smaków i kolorów, podarowując w szczególności te kojarzące się z pełnią Wiosny i Lata. Marcowa paleta mieni się całą tęczą kadmowej żółci i kojącego gorącem pomarańczu, w które wsączają się włókienka zieleni naiwnych młodością źdźbeł i listków oraz błękity, tak delikatne, że chwilami budzące strach czy gotowe są udźwignąć brzemię pierzastych obłoków.



Dziś, spóźniona jak sam Marzec, opowiem Wam, czym mnie urzekł, czym ukołysał melancholijny czarodziej, którego wyjątkowość polega na tym, że zaklinając w jeden sen, wybudza z innego. Marzec, kołysząc, otwiera nam oczy na dotychczas ukryte, tuląc do snu – budzi: roślinność, zwierzęta i ludzi… Dryfujących niepewnie, bojaźliwie na wstydzie niespełnionych noworocznych postanowień. Jego wyjątkowość polega na tym, że odczarował koszmar zgubnej gonitwy w labiryncie projektów, ucząc mnie czegoś zupełnie dotychczas niepojmowalnego, a podziwianego u innych, odporniejszych na presję znanych mi osób…

Pokażę Wam atrybuty Marca, rozmarzonego ptasimi balladami i odurzonego surową wonią zroszonej przebudzeniami ziemi, łaknącej ziarna.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Zdziczenie żądzą - Richard Flanagan "Pragnienie"

Pragnienia i marzenia – przepełniają nas, rozlewając się w strumienie życiowych ścieżek. Pierwsze mogą znaleźć ujście w nie zawsze słusznych decyzjach, drugie – pielęgnujemy w sobie, otaczamy je czułością. Wieczory kołyszą się na falach fantazji. W chwili rozproszenia myśli dajemy unieść się na iryzujących, miękkich i niemal niedotykalnych grzbietach. Czasem niewinne zachcianki urastają do prześladujących nas cieni, następujących na pięty, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Inne dają się zagłuszyć spełnieniem, żadnego jednak nie sposób omamić erzacem, ponieważ prędzej czy później, oszustwo wyjdzie na jaw. Jak to jest ? Pragnienia stanowią część nas, a równocześnie są tak od nas oddalone… Odrywają się od nas, mknąc gdzieś poza widnokręgi, by zabarwić je ciemnopurpurowymi smugami, innym razem stają się polarnymi gwiazdami.


Najgorsze są żądze, kłębiące się w gadziej eskalacji, ściśle oplatając nadgarstki – jak linki lalkarza. Czynią człowieka bezwolną marionetką na uwięzi instynktów, przetrawiającej moralność chuci, niezwalczonemu pożądaniu, pożerającemu jak trąd. Kukiełka pragnień, głucha i ślepa, prowadzona jest mdłą, a kuszącą wonią spełnienia, które wywoła jedynie przykry absmak – oto, w co możemy się przeobrazić. Marzenia byłyby podobne biegowi za latawcem – czarownym urzeczeniem, które możemy pochwycić, a w to polowanie rozbrzmiewa śmiechem beztroski, determinacji i kończy się zapatrzeniem w nieboskłon, niekoniecznie kryształowej czystości, ale wszelkie chmury mogą jedynie podnieść walor naszej gonitwy.


„Pragnienie” ogarnęło moje czytelnicze zamierzenia zaraz po tym, jak w literackim eterze rozbrzmiała wieść o premierze książki. Nie znałam autora, ale w zapowiedzi opowieści o parnym oddechu australijskiej kolonizacji, smagającym ciemnoskóre ciała, pokryte ochrą, przemieszanym z cholerycznym miazmatem metalicznego Londynu jarzyły się skoczne i niepokorne iskry zatraty w niepokoju. Flanagan zderzył dwa światy, ich łączność opierając na poszukiwaniu i usprawiedliwianiu zaginionego zdobywcy nowych światów, nie mającego jednak tego własnego, damy, wciąż kiełznającej swoje serce i pisarza, tkającego wokół siebie gęstą pajęczynę emploi pana domu i artysty. Opowiem Wam dziś o powieści, którą uznałam za arcydzieło obnażające mrok przelewający się w duszach luminarzy. „Pragnienie” to oścień oślepiającej prawdy, ukazujący potworny zgrzyt pomiędzy rasą samozwańczych zdobywców i krzewicieli postępu a poznawczą czystością mieszkańców dziewiczych dotychczas wysp. To historia wyspy, która z potęgą szamana przeobraża zdarzenia we wspomnienia nim zdążą się jeszcze rozpocząć.

sobota, 25 marca 2017

Pąsy i pląsy - niespodzianka!

Oczekiwanie to stan dziwaczny, prawda? Z  jednej strony uskrzydla nadzieją, każąc uporczywie wpatrywać się w widnokrąg, z drugiej –  jak wszystko rozwlekane w nieskończoność, przedłużające się zaczyna doskwierać, by w najgorszym wypadku przerodzić się w rozdrażnienie zniecierpliwienia i ziewającą nudę. Czekanie i oczekiwanie to dwa różne pojęcia, bo o ile to pierwsze w moim odczuciu cechuje napięcie narastającej irytacji i rozczarowanie, o tyle w drugim obecna jest radosna ekscytacja, przeczucie nadchodzącego przełomu, przyjemności, nie zawsze dookreślonej, lecz wynagradzającej zawieszenie w niepewności.


Oczekiwanie lubimy celebrować, czynimy z niego uroczysty obrzęd, w którym każdy gest jest literą w złożonym alfabecie naszej kultury. Odliczamy… Ale czy zawsze możemy wszystko zmierzyć? Jesteśmy tacy wygodni, próbując pochwytywać rzeczywistość na arkan definicji i liczb… Istnieje jednak odmiana oczekiwania, w którym nie możemy zdać się na pełnię cyklu, nie możemy cieszyć się ubywającymi ziarnami w przejrzystym naczyniu klepsydry. Wówczas wystawiani jesteśmy na ciężką próbę sił. Bo powiedzcie sami – czy przeczuwając nadejście czegoś, czy wręcz gorączkowo wypatrując jakiegoś fenomenu nie czujecie się niejednokrotnie zmęczeni tym napięciem?



Moje rozważania mają zapach budzących się żywiołów – mazistej gleby, jeszcze nagiej, zbrylonej, lecz już ruchliwej pulchnymi dżdżownicami i wiatru, niosącego od lasu seledynowy zapach zawiązujących się na gałązkach pąków. Wszyscy oczekujemy na Wiosnę, prawda? Ale zdaje się, że w tym roku mocno się spóźnia, albo najzwyczajniej w świecie, igra sobie z nami – szelmutka :D I tego rodzaju oczekiwanie, zdeterminowane niezależnymi od nikogo, prócz zaspanej Natury przemianami należy właśnie do tych, których długości nie sposób określić i w konsekwencji – męczących już samą niewiedzą, mamiącymi zwiastunami nie do końca prawdomównymi.


Roztargniony marzec, początkowo jeszcze szeleszczący tym swoim zielonym paltem, pełnym rosistych źdźbeł, rozgwieżdżonym prymulkami i anemonami zlał się w sepiowe pasmo pośpiechu i czuwania. Sama nie wiem, gdzie zapodziałam się w minionych tygodniach, gdzie uciekł animusz, z jakim przekraczałam próg kolejnego kwartału. Podejrzewam, że wsiąkł razem z drobniutkimi wrzecionami mżawki w wonną życiem ziemię, przygaszony uporczywymi ucieczkami słońca za stada zmierzwionych obłoków, uciekających przed zgrzebłami wciąż obnażonych drzew. No właśnie – bieg rzeczy nadal trwał, bo naczelną zasadą oczekiwana jest to, że biegnie ono równolegle do naszych żyć – paradoksalnie wypełnia je sobą, ale przecież nie uwalnia od obowiązków. Jeżeli tak jak ja cierpicie na punktualność, to zapewne każda oznaka spóźnialstwa zasługuje w Waszych oczach na potępienie. Ja jednak z wielkopańskim gestem wybaczam Marcowi, ale zawdzięcza to on jedynie złocistym refleksom zaskoczenia i wdzięczności, które po raz kolejny zostały mi ofiarowane przez moją Wspaniałą Wróżkę, Klaudynę. Wiecie już, że poprzednim razem podarowała mi historię Milevy, która tak mocno mnie pochłonęła i zabarwiła moje wzburzenie niesprawiedliwością współczuciem. Dziś chcę się z Wami podzielić (i pochwalić) kolejnym przebogatym podarunkiem, za który najszczerzej, z głębi całego mojego mizernego jestestwa dziękuję. Jej przesyłka rozkruszyła nużące oczekiwanie na wiosnę zachwycającą niespodzianką! A było to tak…

niedziela, 19 marca 2017

Artymetyka odwrotów – Brandon W. Jones „Wiosenne dziewczęta”


Na pograniczu lutego i marca szukałam schronienia, z którego prześlizgnę się niezauważenie do następnego kwartału. Podejrzewam, że nie jestem jedyną, którą zahipnotyzowało pytające spojrzenie ślicznej, niewinnej jeszcze wiarą w Piękno i opiekuńczość świata Azjatki. Kanonicznie małe usta barwi wyrazisty, karmin szminki, policzki kwitną rumieńcem optymizmu, a przysłaniająca brwi grzywka lśni atramentową czernią nocy. Portret ujmującej nieznajomej zdobi okładkę książki Brandona W. Jonesa, pt. „Wiosenne dziewczęta”, wywołując u odbiorcy mechaniczne skojarzenia z nieodległym przerwaniem zimowej wegetacji.



Czas wiosennego przesilenia to okres transgresji, linia ścierania się zimowej bezwzględności z nieprzyjemną wilgocią odwilży. Budzą się zamrożone w bryle zimowej inercji miazmaty strachu, a za rozkwitem, włóczy się upiór rozkładu. Współcześnie Korea uchodzi za sanktuarium piękna, łudząc nas kultem młodości i doskonałej urody, a tamtejsza pielęgnacja uchodzi za ideał, który i dla mnie posiada nieodparty urok. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że twarze o regularnych rysach nieskazitelnej perłowej cerze, emanujące łagodnością często skrywają kobiece obawy. Rola kobiet Chosun należy tylko do jednego z komponentów kultury, zbudowanej na pozorze, roznoszonego wewnętrzną wibracją politycznych restrykcji, indoktrynacji. Głód psychiczny miesza się z fizycznym, zacierając granice pomiędzy koszmarem bycia i bezwładem omdlenia. Jednak w bagnie nierządu i przemocy toczy się normalne życie– dziewczęta w przerwach odpoczywają, poznając utajony dotychczas świat zbytku z zakazanej i długo niedostępnej prasy, rozmawiając i tęskniąc do prawdziwego życia, w gorączkowym zagarnianiu szczątków kobiecości i człowieczeństwa.

sobota, 11 marca 2017

Przepoczwarzenia - zanim kobiecość nabrała rumieńców

Przywitał mnie złotook, którego nie widziałam już od nastania zimy. Bezgłośnie przysiadł na ocieplonej światłem i równomiernym oddechem ścianie, wyciągając przednie łapki do mlecznego blasku lampy. Rankiem nie wiedziałam jeszcze, że dziwaczna pieszczota ukąszenia szczupłego owada w serdeczny palec stanowi pomyślną wróżbę, a sam zbudzony wiosną, zamieszka w sercu kwiatu, seledynowym, jak jego wiotkie segmentowane ciało. Pomimo niedawnej pobudki byłam zmęczona, toczyła mnie ta nachodząca czasami wątpliwość, czy rzeczywiście ja jedna jestem wystarczająca do wszystkich zadań, które otrzymuję. 

Może to bezsenność, pożerająca noce coraz krótsze, kurczące się w snach rwanych, niejednorodnych, jak kolaże układane z poetyckich fraz, herbarzy i tekstur tkanin. Może nierówne szanse w ciągłym pojedynkowaniu się z Czasem… A może zwykłe wyczerpanie wspinaczką przez próg nowego miesiąca, witającego nas, kobiety, bukietem powinszowań, gładszych niż woskowe płatki tulipanów i konwencjonalnie symetrycznych jak krezy uległych gerber w kolorze morelowego sorbetu.


Skrzętnie pilnowałam, by blask brzasku zbiegł się z formułą życzeń, posłanych wraz z pogodnym uśmiechem do bliskich mi dziewcząt i kobiet. Wcale nie wróżyłam Piękna niespodzianki, które porwie mnie wyżej, niż sięga wyobraźnia tęskniącej marzycielki. Zwłaszcza, że zaledwie dzień wcześniej w swojej marudności skarżyłam się na zadawnioną niezgodę wobec własnej kobiecości, zaokrąglającej linie ciała, rozmiękczającej sylwetkę łagodnością kształtów, na podobieństwo starogreckich amfor. Pomyślałam więc, że przy tej okazji podzielę się z Wami moją drogą ku zrozumieniu, czym właściwie jest dla mnie przywilej kobiecości oraz zapytam Was same nie tyle o to, jak spędziłyście Dzień Kobiet, ale na jakie kolory rozszczepia pryzmat Waszej samoświadomości kobiecość. Czy dotarcie do niej było długą drogą, czy też nigdy o niej nie myślałyście, po prostu będąc? Czy macie sposoby na jej celebrację, czasami łowiąc światło próżności w zwierciadlaną taflę, szczotkując włosy albo zaznając cesarskiej kąpieli? Jak ją podkreślacie – i czy w ogóle?

wtorek, 7 marca 2017

W cieniu kamieniejących drzew - Marie Benedict „Pani Einstein”

Być może lekkie napomknięcie w lutowym zbiorze zachwytów rozbudziło nieco Waszą ciekawość, dotyczącą podarowanej tajemniczej książki. Klaudynie zawdzięczam poniżej opisane, gęste od niezgody, współczucia i bezsilnego gniewu. Wciąż świeże, nieokrzepłe refleksje, unoszą się rozedrgane wzruszeniem z otrzymanego podarunku, jak przeczucia jego wewnętrznej obfitości. Postać Milevy po raz pierwszy wynurzyła się przede mną spomiędzy szpalt kobiecego magazynu, kilka lat temu. Szkic sylwetki cierpliwej i pokornej badaczki, podległej kakofonii konwenansów i zduszonej jarzmem obowiązku już wówczas rozbudziło mój sprzeciw wobec wewnętrznego rozdarcia. Wyrzeczenie się siebie dla genialnego męża przybiera formę potulnego cierpienia przysłoniętego mlecznym kloszem rodzinnej sielanki. „Pani Einstein” stanowi owoc drobiazgowych poszukiwań i osobistych fascynacji Marie Benedict.  

Oparta na solidnym podłożu szerokiej bibliografii, pamiętników głównej bohaterki oraz jej listów, należy do jednej z opowieści zbyt długo niknących w gąszczu spekulacji, domagających się wydobycia na światło dzienne melodią monotonnego głosu przebijającego spod splątanych naukowych formuł, przyćmionych blaskiem geniusza.



Ścieżki interpretacyjnych poszukiwań wytyczyłam opierając się na moich oczekiwaniach i przypuszczeniach, a lekturę wzbogaciły wrażenia samej Klaudyny (stuk!) i enigmatyczny impas położenia Milevy skontrastowany z biografią Marii Curie-Skłodowskiej. Drążyłam więc powieść z wyostrzoną uwagą, niekiedy strofując główną bohaterkę, innym razem złorzecząc Einsteinowi, nakreślając sieć równoległych między tą parą a resztą bohaterów, świadoma nieprzystawalności jednostkowych losów i niemożliwości nagięcia do cudzych wyobrażeń. Geometryczną obojętność biegu przeznaczenia reguluje nieodwracalność zdarzeń i brak stycznych pomiędzy jednostkami, dyktowany prawidłami społecznymi oraz – co równie istotne – charakterami samych figur, odkształcającymi się w tym ślepym zdążaniu do celu, weryfikowanego biegiem lat.