niedziela, 19 marca 2017

Artymetyka odwrotów – Brandon W. Jones „Wiosenne dziewczęta”


Na pograniczu lutego i marca szukałam schronienia, z którego prześlizgnę się niezauważenie do następnego kwartału. Podejrzewam, że nie jestem jedyną, którą zahipnotyzowało pytające spojrzenie ślicznej, niewinnej jeszcze wiarą w Piękno i opiekuńczość świata Azjatki. Kanonicznie małe usta barwi wyrazisty, karmin szminki, policzki kwitną rumieńcem optymizmu, a przysłaniająca brwi grzywka lśni atramentową czernią nocy. Portret ujmującej nieznajomej zdobi okładkę książki Brandona W. Jonesa, pt. „Wiosenne dziewczęta”, wywołując u odbiorcy mechaniczne skojarzenia z nieodległym przerwaniem zimowej wegetacji.



Czas wiosennego przesilenia to okres transgresji, linia ścierania się zimowej bezwzględności z nieprzyjemną wilgocią odwilży. Budzą się zamrożone w bryle zimowej inercji miazmaty strachu, a za rozkwitem, włóczy się upiór rozkładu. Współcześnie Korea uchodzi za sanktuarium piękna, łudząc nas kultem młodości i doskonałej urody, a tamtejsza pielęgnacja uchodzi za ideał, który i dla mnie posiada nieodparty urok. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że twarze o regularnych rysach nieskazitelnej perłowej cerze, emanujące łagodnością często skrywają kobiece obawy. Rola kobiet Chosun należy tylko do jednego z komponentów kultury, zbudowanej na pozorze, roznoszonego wewnętrzną wibracją politycznych restrykcji, indoktrynacji. Głód psychiczny miesza się z fizycznym, zacierając granice pomiędzy koszmarem bycia i bezwładem omdlenia. Jednak w bagnie nierządu i przemocy toczy się normalne życie– dziewczęta w przerwach odpoczywają, poznając utajony dotychczas świat zbytku z zakazanej i długo niedostępnej prasy, rozmawiając i tęskniąc do prawdziwego życia, w gorączkowym zagarnianiu szczątków kobiecości i człowieczeństwa.

sobota, 11 marca 2017

Przepoczwarzenia - zanim kobiecość nabrała rumieńców

Przywitał mnie złotook, którego nie widziałam już od nastania zimy. Bezgłośnie przysiadł na ocieplonej światłem i równomiernym oddechem ścianie, wyciągając przednie łapki do mlecznego blasku lampy. Rankiem nie wiedziałam jeszcze, że dziwaczna pieszczota ukąszenia szczupłego owada w serdeczny palec stanowi pomyślną wróżbę, a sam zbudzony wiosną, zamieszka w sercu kwiatu, seledynowym, jak jego wiotkie segmentowane ciało. Pomimo niedawnej pobudki byłam zmęczona, toczyła mnie ta nachodząca czasami wątpliwość, czy rzeczywiście ja jedna jestem wystarczająca do wszystkich zadań, które otrzymuję. 

Może to bezsenność, pożerająca noce coraz krótsze, kurczące się w snach rwanych, niejednorodnych, jak kolaże układane z poetyckich fraz, herbarzy i tekstur tkanin. Może nierówne szanse w ciągłym pojedynkowaniu się z Czasem… A może zwykłe wyczerpanie wspinaczką przez próg nowego miesiąca, witającego nas, kobiety, bukietem powinszowań, gładszych niż woskowe płatki tulipanów i konwencjonalnie symetrycznych jak krezy uległych gerber w kolorze morelowego sorbetu.


Skrzętnie pilnowałam, by blask brzasku zbiegł się z formułą życzeń, posłanych wraz z pogodnym uśmiechem do bliskich mi dziewcząt i kobiet. Wcale nie wróżyłam Piękna niespodzianki, które porwie mnie wyżej, niż sięga wyobraźnia tęskniącej marzycielki. Zwłaszcza, że zaledwie dzień wcześniej w swojej marudności skarżyłam się na zadawnioną niezgodę wobec własnej kobiecości, zaokrąglającej linie ciała, rozmiękczającej sylwetkę łagodnością kształtów, na podobieństwo starogreckich amfor. Pomyślałam więc, że przy tej okazji podzielę się z Wami moją drogą ku zrozumieniu, czym właściwie jest dla mnie przywilej kobiecości oraz zapytam Was same nie tyle o to, jak spędziłyście Dzień Kobiet, ale na jakie kolory rozszczepia pryzmat Waszej samoświadomości kobiecość. Czy dotarcie do niej było długą drogą, czy też nigdy o niej nie myślałyście, po prostu będąc? Czy macie sposoby na jej celebrację, czasami łowiąc światło próżności w zwierciadlaną taflę, szczotkując włosy albo zaznając cesarskiej kąpieli? Jak ją podkreślacie – i czy w ogóle?

wtorek, 7 marca 2017

W cieniu kamieniejących drzew - Marie Benedict „Pani Einstein”

Być może lekkie napomknięcie w lutowym zbiorze zachwytów rozbudziło nieco Waszą ciekawość, dotyczącą podarowanej tajemniczej książki. Klaudynie zawdzięczam poniżej opisane, gęste od niezgody, współczucia i bezsilnego gniewu. Wciąż świeże, nieokrzepłe refleksje, unoszą się rozedrgane wzruszeniem z otrzymanego podarunku, jak przeczucia jego wewnętrznej obfitości. Postać Milevy po raz pierwszy wynurzyła się przede mną spomiędzy szpalt kobiecego magazynu, kilka lat temu. Szkic sylwetki cierpliwej i pokornej badaczki, podległej kakofonii konwenansów i zduszonej jarzmem obowiązku już wówczas rozbudziło mój sprzeciw wobec wewnętrznego rozdarcia. Wyrzeczenie się siebie dla genialnego męża przybiera formę potulnego cierpienia przysłoniętego mlecznym kloszem rodzinnej sielanki. „Pani Einstein” stanowi owoc drobiazgowych poszukiwań i osobistych fascynacji Marie Benedict.  

Oparta na solidnym podłożu szerokiej bibliografii, pamiętników głównej bohaterki oraz jej listów, należy do jednej z opowieści zbyt długo niknących w gąszczu spekulacji, domagających się wydobycia na światło dzienne melodią monotonnego głosu przebijającego spod splątanych naukowych formuł, przyćmionych blaskiem geniusza.



Ścieżki interpretacyjnych poszukiwań wytyczyłam opierając się na moich oczekiwaniach i przypuszczeniach, a lekturę wzbogaciły wrażenia samej Klaudyny (stuk!) i enigmatyczny impas położenia Milevy skontrastowany z biografią Marii Curie-Skłodowskiej. Drążyłam więc powieść z wyostrzoną uwagą, niekiedy strofując główną bohaterkę, innym razem złorzecząc Einsteinowi, nakreślając sieć równoległych między tą parą a resztą bohaterów, świadoma nieprzystawalności jednostkowych losów i niemożliwości nagięcia do cudzych wyobrażeń. Geometryczną obojętność biegu przeznaczenia reguluje nieodwracalność zdarzeń i brak stycznych pomiędzy jednostkami, dyktowany prawidłami społecznymi oraz – co równie istotne – charakterami samych figur, odkształcającymi się w tym ślepym zdążaniu do celu, weryfikowanego biegiem lat.

czwartek, 2 marca 2017

MaLUTkie? - Bynajmniej! zachwyty najkrótszym z miesięcy

Jeżeli któryś z miesięcy miałby zyskać miano odmieńca pośród swoich braci, niewątpliwie byłby nim Lutyszarzejący pod popiołem udawanej pokory gołębia, łudzący niepozorną posturą, pochylający główkę po to, by naraz potrząsnąć kaskadami platynowych, oszronionych loków i spojrzeć z figlarnym uśmiechem ulicznika. Idealna pełnia księżycowego cyklu wydaje się być zatoką wiosennego przebudzenia, słonecznych piruetów i motylich walców, ale przygaszona neutralność barw kunktatora wypełnia każdą kolejną dobę zniecierpliwieniem i wyczekiwaniem.



Nie, mój Luty nie był monotonny, ale nieco okrutny. W swojej błazeńskiej rozciągliwości upychał po kieszeniach kolejne wyzwania i sprawy zasupłane jeszcze na ćwiekach wczorajszych obowiązków. Mogę jednak spojrzeć w te rozgwieżdżone oczy, koloru rtęci – jak i moje własne – dziękując za skarby, które mi podarował, jakby wynagradzając te swoje osobliwe igraszki, mieszające lepkość zbrylonego błotem śniegu z bladością rachitycznego słońca.
Chciałabym się  dzisiaj podzielić z Wami ławicą tych drobiazgów, oświetlających mi żywym blaskiem urzeczeń dni zdyszane, jeszcze nie wytrącone z ospałości, jakby oswajające się z wciąż wydłużającymi się, niewygodnymi ciałami.

niedziela, 26 lutego 2017

Szczerość zająca - Maria Czubaszek „Nienachalna z urody”

Pragniemy wyznań – prowokujemy je, oczekujemy, wysnuwamy pobłyskujące włókna z pajęczej sieci gestykulacji i mimiki, wybuchamy nimi w uniesieniu. Wyznania budują bliskość, pozwalają karmić się świadomością podobieństwa, unoszą się w amalgamacie zaufania i nadziei potwierdzenia siebie. Wata powszednich rozmów, zapychająca kwadrans spędzony w autobusie, płytki referat synoptyczny czy skandowanie narzekań zacierają drzemiącą w nas prawdę i skłaniają do poszukiwania rozumiejącego spojrzenia słuchacza, który przyjmie w siebie naszą opowieść.



Źródło strumienia myśli prawdziwych, choć niestety czasem budzących dezaprobatę, bije z potrzeby oczyszczenia, stanowiąc dziedzinę nośną dla literatury, która przyjmuje w swoje łożysko nurty autobiograficzne. Domniemana autentyczność opowieści jest o tyle nęcąca, że ludzka ciekawość nagle zyskuje szansę na lukullusową ucztę obnażanych sekretów postaci, które dotychczas kołowały w naszej wyobraźni jako ci wielkie, ale nieco koturnowe, odarte z pierwiastka człowieczej słabości. Pożywka naszych fascynacji ma kwaskowaty smak potencjalnie najczystszej wersji zdarzeń, nawet jeżeli zmąconej wtrętami subiektywizmu, który według mnie rozszerza spektrum obserwacji, pozwalając zmierzyć się z cudzą optyką i zbadać kontrapunkty czyjegoś życia.

Autobiografia to gatunek chętnie przeze mnie wybierany, a do jego niekwestionowanych walorów należy możliwość odśrodkowego poznania postaci. Dziś chciałabym Wam przybliżyć jedną z nich, będącą przedłużeniem monolitycznej osobowości Marii Czubaszek, a przyjemność kilkugodzinnego obcowania z damą satyry otrzymałam zupełnie przypadkowo, dzięki mojej Siostrze, której urodzinowym podarunkiem stała się niepozorna książka pt. „Nienachalna z urody”.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Smycz ambicji, woal trwania - Honoré de Balzac "Blaski i cienie życia kurtyzany"

Heraldycy kultury przypisali sangwinicznemu lutemu wszystkie odcienie czerwieni – od winnego burgundu namiętności, poprzez wyzywający karmazyn, wstydliwość pierwszego zauroczenia sennych maków i koral pierwszego rumieńca, aż po żywiczną dojrzałość cynobru. Krótki miesiąc niezmiennie kojarzy się ze słodyczą upominków i czułością pieszczot i mieni się tonami ostrzeżenia, pasji, zatraty i uderzającej do głowy krwi, roztapianiem serc zapowiadając nieodległą odwilż i nastanie wiosny. Należę do osób, które ogrzewają się w cudzym szczęściu – tkliwe spojrzenia zakochanych emanują kojącą poświatą nadziei, a liryzm ciekawości popędza mnie ku jeszcze głębszym dociekaniom mechanizmu Miłości. A gdzie szukać odpowiedzi na dręczące nas pytania, jeśli nie w literaturze, której kamieniem węgielnym jest magma ludzkch namiętności?

Uciekając od walentynkowej samotności wybrałam towarzystwo charmanta, którego biografia stanowi wyśmienity przykład Miłości wiernej, oczekującej i ostatecznej – cierpliwej aż do obłędu i rozpaczliwych oskarżeń ukochanej o brak litości i skąpstwo (nie tylko zresztą emocjonalne). Mowa o Honré de Balzacu, przez lata przepalanego nieomal obsesyjnym uczuciem do nieprzystępnej Eweliny Hańskiej, wznoszącej szańce wymagań wokół pustych konwenansów i praktycznych wątpliwości.



Trudno o Miłość bardziej wyczekującą, niewzruszoną i dotkliwszą, a także – doskonalszy surowiec na powieść. „Blaski i nędze życia kurtyzany” to kolejna z komnat przybytku „Komedii ludzkiej”, azylu na każdą porę. Podczas wyśmienitej wiwisekcji królowej uczuć czytelnik będzie miał okazję ujrzeć wszystkie jej oblicza – bezgraniczne zaufanie i naiwną zatratę, oddanie interesowności i ślepe podążanie za konwenansem, determinację poszukiwań i czuwania oraz arystokratyczne chimery zżarzanej zmysłowości.

czwartek, 16 lutego 2017

Mielizna pozorów, czyli oczywista obecność – Roald Dahl „Matylda”

Zapytana o wspomnienia pierwszego dnia w szkole odpowiedziałabym: kruchy szelest szyfonowej spódniczki, odświętna czystość zeszytów i dziecięcych rączek, jeszcze nie zabrudzona granatowymi archipelagami kleksów, zapach przyborów i różanej marmolady… Oraz baczne i opiekuńcze, awenturynowe oczy pierwszej wychowawczyni, powiększone do monstrualnych rozmiarów przez okulary w liliowych oprawkach. Przez lata nagromadziło się w mojej pamięci wiele nauczycielskich twarzy, a choć każda posiadała swój indywidualny rys – grono pedagogiczne zlewało się w dziecięcej świadomości w organiczny twór wraz ze szkolnym gmachem. Z czasem zaczęła wzrastać moja ciekawość do zagadkowych historii, nadpisujących się gdzieś poza marginesem szkolnych sal, wypełnionych skrzypieniem kulawych ławek, dławiącym kredowym pyłem i gwarem rozbrykanych dzieci.



Wielokrotnie, lecz bezowocnie roztrząsany przeze mnie fenomen znikania i pojawiania się nauczycieli oraz zamiłowanie do „dopowiadania biografii” podejmuje Roald Dahl w słynnej „Matyldzie”, kolejny autor-legenda, kołujący na obrzeżach moich czytelniczych pragnień od wielu lat. Skrajność opinii o twórcy, wahających się od uwielbienia aż po pogardę, jedynie potęgowały moją niezwalczoną ciekawość. Dodatkowo, wspomnienia ekranizacji opowieści, pochodzące z tego samego okresu, co reminiscencje pierwszaka, budziły niejasne przeczucie, że osobiste zaznajomienie się z Matyldą może być albo zupełnym zauroczeniem, albo fiaskiem…

Lektura stała się dla mnie okazją do refleksji nad mocno upraszczającą życie percepcją osób, których obecność wydaje nam się zupełnie oczywista, jako konstytuowana przez przestrzeń, w których je spotykamy. Nośność „Matyldy” opiera się na obfitości trafnych spostrzeżeń, podsuwanych nam zwinnie przez autora poprzez szereg wyrazistych, niekiedy nawet drastycznych scen. Sama opowieść snuta jest lekko, lecz nie bez attyckiej soli ironii. Dlatego z tym większą przyjemnością pozwolę sobie przybliżyć Wam wrażenia, jakimi obdarzył mnie przebiegły Dahl,  w finezji karykaturalnej formy przemycający przenikliwość krytycznych opinii. Ostrze potępienia skierowane zostaje tutaj przeciwko kamiennej obojętności, dydaktycznej ciemnocie, parweniuszowskiej gnuśności i nikczemnej surowości wykorzeniającej marzenia i wrażliwość.