Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na podniebieniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na podniebieniu. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 maja 2017

KWIECIste kaprysy - zamyślenia kwietnia

Jestem spóźniona? Znowu? A dokąd tak pędziłam przez cały poprzedni miesiąc? I jak to się stało, że znów nie zdążyłam? Tym razem nie będę się jednak karcić, nie zamierzam również pochylać głowy w zawstydzeniu, ani się tłumaczyć. Skoro Wiosna wciąż się ociąga, jak możemy strofować samych siebie za opieszałość? Powiedzcie sami? Przecież nie uwierzę, że nie ścigaliście tego rozkapryszonego miesiąca, który tak bardzo lubi bawić się w berka i chowanego. Że nie obiecywaliście sobie, że pełna twarzyczka słońca obdarzy Was promiennym uśmiechem, zalewającym ciepłem wolę i głowy, dzięki czemu pełni werwy przystąpicie do zadań, które być może przekładaliście, wymawiając się, jak ja, żyłami skutymi lodem.

Kwiecień – roztargnione dziewczę, niepokorna uciekinierka, nie pragnąca wcale się dzielić nadal skąpymi promieniami słońca, niedościgniona w inwencji obrażalskiej figlarki. Siedząc na gałęziach brzoskwiń, uginających się od nadmiaru pąków, wplata pojedyncze gwiazdki białych kwiatów w warkocz, ściśle wiążąc je ostrymi smukłością źdźbłami traw i cięciwami niepewnego, rozedrganego brzasku. Trochę nieznośne te jej narowy, lecz jak się złościć, kiedy unosi głowę, śmiejąc się melodyjnie z noskiem i policzkami umalowanymi pyłkiem tulipanów i irysów. Na śniadej buzi kadmowa żółć znaczy miodowe pręgi, a fiołkowe włosy wydają się jeszcze ciemniejsze, stanowiąc idealny kontrast dla topazowych oczu.



Kwiecień wraz z wilgami zaklinała deszcz, karmiła sierpówki ociężałymi od kropel muchami i zapraszała jutrzenkę po to tylko, by pokazać jej śpiące kwilące o ptasie mleko pisklęta, pokryte zwiewnością perłowego puchu, prześwitującym fioletem żyłek. Jak i ja zakochana w błękitach, stroiła we wszystkie jego odcienie nieboskłon, garnirując jednocześnie swoje podkasane sukienki srebrzystymi gipiurami.


Spróbuję dla Was nakreślić portret tej ruchliwej modelki, nie zmuszając jej przymusem statyki, ale czerpiąc z tych wszystkich barw, którymi rozpieszczała mnie przez cztery minione tygodnie. Opowiem Wam więc o trzpiotce, płoszącej ptaszęta, znoszącej do domu naręcza kwiatów i przeciągającej dnie poza granice widnokręgu. Kwiecień – miłośniczka chłodnych zestrojów, mieszająca szałwiowe zielenie z jaskrawością tropikalnych błękitów, …..Czasami rozkojarzona, nieobecna, czasami – naprzykrzająca się psotami…

sobota, 8 kwietnia 2017

Rozmarzony... czary-mary Marca


Marzec – starzec, chciałoby się powiedzieć, kiedy spojrzy się na kalendarz. Młodszy brat Lutego odszedł przecież ponad tydzień temu, rozciągając się rozleniwieniem aż na pierwszy tydzień Kwietnia, wciąż mglisty, zamyślony, lecz czujny. Rozważniejszy od Lutego, lecz wcale nie bardziej opanowany, podatny na kaprysy porywistych powiewów znużenia, nieco rozdrażniony przeciągającym się oczekiwaniem na ciepło, które pozwoliłoby w końcu wyprostować ramiona przygarbione przez kłujący mróz. Marzec to czarodziejski uciekinier, wystawiający twarz do słońca, marzyciel szczelnie otulony peleryną, przefastrygowaną jeszcze szronem, a puszystą ogonami odchodzących lisów ostatnich polarnych zawiei. Wyczerpany całodzienną wędrówką, skłaniał ciężką głowę na coraz późniejsze zachody słońca, skłębione ciężkimi kobaltowymi chmurami, lamowanymi złotem żywicznej nadziei na wytchnienie.

Rzadkie wizyty słońca Marzec wynagradzał mi ciepłem barw, smaków i kolorów, podarowując w szczególności te kojarzące się z pełnią Wiosny i Lata. Marcowa paleta mieni się całą tęczą kadmowej żółci i kojącego gorącem pomarańczu, w które wsączają się włókienka zieleni naiwnych młodością źdźbeł i listków oraz błękity, tak delikatne, że chwilami budzące strach czy gotowe są udźwignąć brzemię pierzastych obłoków.



Dziś, spóźniona jak sam Marzec, opowiem Wam, czym mnie urzekł, czym ukołysał melancholijny czarodziej, którego wyjątkowość polega na tym, że zaklinając w jeden sen, wybudza z innego. Marzec, kołysząc, otwiera nam oczy na dotychczas ukryte, tuląc do snu – budzi: roślinność, zwierzęta i ludzi… Dryfujących niepewnie, bojaźliwie na wstydzie niespełnionych noworocznych postanowień. Jego wyjątkowość polega na tym, że odczarował koszmar zgubnej gonitwy w labiryncie projektów, ucząc mnie czegoś zupełnie dotychczas niepojmowalnego, a podziwianego u innych, odporniejszych na presję znanych mi osób…

Pokażę Wam atrybuty Marca, rozmarzonego ptasimi balladami i odurzonego surową wonią zroszonej przebudzeniami ziemi, łaknącej ziarna.

czwartek, 2 lutego 2017

STYCZNości - czyli trochę o minionym miesiącu

Pierwsze dni nowego roku to czas, w którym jeszcze powoli uczymy się prawidłowo zapisywać ostatnią cyfrę daty, chociaż nadal niezupełnie uświadamiamy sobie, że prolog nowego cyklu już za nami. Pomyłki budzą śmiech z własnej nieporadności, zapominalstwa i roztargnienia, ale również każą marszczyć brwi w niemym zdumieniu – a więc to już?

Mój styczeń był jednym z tych szybkich, wiecznie spóźnionych uciekinierów, którzy bezowocnie próbują przeskoczyć próg czasu. A to ze względu na istną zamieć obowiązków, jakimi mnie obarczył. Część z nich nie przerażała mnie już, dzięki pzdobytemu doświadczeniu (kaftanu dystansu nadal nie potrafię nawet skroić, a co dopiero przywdziać ;), część jednak napawała grozą, wprowadzając do labiryntu obcości. Lecz wydaje mi się, że chyba wszystkich nas to, co nieujarzmione wiedzą – paraliżuje strachem. Odpowiedzialność i lęk to ciasny splot, spojony zdrowym rozsądkiem i wrażliwością, dlatego przygarniam je jako nieodłączny komponent doświadczenia.



Gdybym miała opisać ten miesiąc, zyskałby tytuł uśmiechniętych w zadumie styczności. A jakich… O tym z wielką przyjemnością  opowiadam.