niedziela, 19 marca 2017

Artymetyka odwrotów – Brandon W. Jones „Wiosenne dziewczęta”


Na pograniczu lutego i marca szukałam schronienia, z którego prześlizgnę się niezauważenie do następnego kwartału. Podejrzewam, że nie jestem jedyną, którą zahipnotyzowało pytające spojrzenie ślicznej, niewinnej jeszcze wiarą w Piękno i opiekuńczość świata Azjatki. Kanonicznie małe usta barwi wyrazisty, karmin szminki, policzki kwitną rumieńcem optymizmu, a przysłaniająca brwi grzywka lśni atramentową czernią nocy. Portret ujmującej nieznajomej zdobi okładkę książki Brandona W. Jonesa, pt. „Wiosenne dziewczęta”, wywołując u odbiorcy mechaniczne skojarzenia z nieodległym przerwaniem zimowej wegetacji.



Czas wiosennego przesilenia to okres transgresji, linia ścierania się zimowej bezwzględności z nieprzyjemną wilgocią odwilży. Budzą się zamrożone w bryle zimowej inercji miazmaty strachu, a za rozkwitem, włóczy się upiór rozkładu. Współcześnie Korea uchodzi za sanktuarium piękna, łudząc nas kultem młodości i doskonałej urody, a tamtejsza pielęgnacja uchodzi za ideał, który i dla mnie posiada nieodparty urok. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że twarze o regularnych rysach nieskazitelnej perłowej cerze, emanujące łagodnością często skrywają kobiece obawy. Rola kobiet Chosun należy tylko do jednego z komponentów kultury, zbudowanej na pozorze, roznoszonego wewnętrzną wibracją politycznych restrykcji, indoktrynacji. Głód psychiczny miesza się z fizycznym, zacierając granice pomiędzy koszmarem bycia i bezwładem omdlenia. Jednak w bagnie nierządu i przemocy toczy się normalne życie– dziewczęta w przerwach odpoczywają, poznając utajony dotychczas świat zbytku z zakazanej i długo niedostępnej prasy, rozmawiając i tęskniąc do prawdziwego życia, w gorączkowym zagarnianiu szczątków kobiecości i człowieczeństwa.


"Na dłuższą metę ludzie przyzwyczajają się i usiłują znaleźć namiastki normalności nawet w najgorszych warunkach."

 [Brandon W. Jones „Wiosenne dziewczęta”, s. 118]

Wiosna stanowi zasłonę, przez którą dziewczęta przechodzą wielokrotnie, początkowo jeszcze wiedzione nadzieją, później już otępiałe brakiem złudzeń. Nie jest to furtka do tajemniczego ogrodu dziewczęcych fantazji – raczej brama moczarów zgnilizny, obejmującej ciało i toczącej moralność. Wolne przebijanie się do nowych rzeczywistości ewokuje przeciskanie się korytarzami tunelu, drążonymi przez bezimiennych uciekinierów, w cieniu klaustrofobicznego przerażenia i niepewności. Każde kolejne zanurzenie w kwiatowy kwartał będzie następną  metamorfozą, przerażając groteskowością krzywdy – wynaturzania zamiast sublimacji. Degeneracja nie jest kwestią moralności skrytej wewnątrz młodzieńczych ciał, rozgrabianych nierządem i uzależnieniami, lecz podległości geniuszom zbrodni, doprowadzonej do obrzydliwego imago. Zasadniczo aksjologia dziewcząt, zapadających się w sobie, nie ulega zmianie. Fundamentem tej drabiny jest pragnienie zachowania bodaj molekuły samej siebie i szczątków godności.


Autor sprawnie łączy perspektywy kolejnych bohaterów, szczególnie ogniskując uwagę na postaciach kobiecych. Semantyczną głębię tytułu można rozciągnąć na pozostałe bohaterki. Retrospekcje bowiem pozwalają zanurzyć się w pogrzebanej fiaskiem marzeń młodości kobiet, teraz niszczejących rozpadlinach wstydu, rozczarowania i zgorzknienia. Na autopercepcję nakłada się filtr emocji, przy czym czytelnik ma okazję do wysnuwania z wielogłosu pojedynczych wątków – biegnących tak od opisującej siebie postaci, jak i otoczenia, które ją uwarunkowało. Przetasowanie czasów i wartkość zdarzeń sprawiają, że fabuła drży od zagęszczonych emocji, które nie pozwalając na oddech, zmuszają do zakrztuszenia się kakofonią komend społecznych i politycznych oraz samowolnych dekretów odrażającego świata przestępczości. Zszyte nicią introspekcji portrety oprawione są w intymność chwil odosobnienia. Oglądamy bohaterów, rozgrzebujących cmentarze przeszłości rozjątrzającymi konstatacjami porażki, przy czym kobiety Chosun nigdy nie pozostają całkowicie same – śledzone argusowymi oczami papierowych strażników i stręczycieli.

Nie bez znaczenia będzie tu symbolika lustra, silnie eksplorowana przede wszystkim w prezentacji kierowniczki Domu Sierot, Pani Cha i oczywiście Il Sun. Każdej lustro będzie służyło do czego innego. Dla rozkosznej Il Sun będzie narzędziem narcystycznego rozmiłowania w sobie. Dziewczyna z upodobaniem podziwia swoje odbicie w oczach innych oraz obraz swej postaci na nagraniach. Kierowniczka usiłuje znaleźć w nim potwierdzenie własnego istnienia, jednocześnie dotykając swojej twarzy w frenetycznej potrzebie zaprzeczenia własnej niewidzialności. Z kolei bezwzględna strażniczka dyscypliny uczyni zeń instrument poniżenia, uświadamiający płonność minionych lat.



"Gdy człowiek ogranicza się do wyboru albo-albo, nie doświadczy nieskończoności."
 [Ibidem, s. 434]

Bezwarunkowym gestem obronnym wobec chaotycznej, rządzonej sztywną geometrią absurdalnych praw rzeczywistości będzie alopatyczny odwrót. Ucieczka w przeciwieństwo: od nonsensu do układnej przestrzeni, od otępiającej ergonomii wyzysku do dzielenia się najlepszymi częściami własnej osoby, od wypaczonej edukacji nierządu i mechanizacji każdej aktywności, przeliczanej na patriotyczne poświecenie – do spontanicznej reakcji na pokryte patyną powszedniości przejawy świata… Na tym ciągu wyliczeń można oprzeć bezskuteczną batalię dziewcząt o zachowanie szczątków własnej godności i scalenie postaci, podświadomą, a swoją instynktownością i niemotą rozdzierającą. Dziewczęta zostają ograbione z niewygórowanych przecież pragnień najpierw przez socjalistyczny imperatyw posłuszeństwa, później zaś – krwiożerczą chciwość, czerpiącą profity z poniżenia, oszołomienia dezorientacją. Pozbawia się je bezlitośnie tlącej się ledwie, znikliwej iskierki życia.

Ferment myślowy, toczony nakazem posłuszeństwa i uczucia zagęszczone aż do zestalonej formy, każą czytelnikowi mimowolnie odwracać wzrok i zaciskać zęby. Nie jest to lektura łatwa, bardzo często drastyczna, lecz trudno się oderwać od brutalnych naturalistycznych opisów, wykwitających sińcami na wrażliwości. Dystans zmniejsza kolokwializacja języka, każąc kulić się ze strachu i zwątpienia, podsycanych przeczuciem, że właśnie teraz, w równoległym świecie dochodzi do podobnych aktów bezrefleksyjnego upadlania. Nicią wiążącą wszystkich bohaterów jest zatrzaśnięcie się w próżni nieodwracalnie przetrąconej młodości, mieniącej się złudzeniami ambicji. Ostrze gorzkiej bezwzględności zwraca się przeciwko słabszym, a ci znajdą się zawsze – w każdym z możliwych światów i o każdym czasie.


Jeżeli oprzeć się na metaforyce wiosennego roślinnego witalizmu, najbardziej uwidoczni się ona w dwóch postaciach, przy czym będzie oparta na konsekwentnie i drobiazgowo przemyślanej opozycji. Mowa oczywiście o głównych bohaterkach – Gyong Ho i Il Sun. Oparcie więzi na przeciwieństwach będzie zabiegiem dość konwencjonalnym, lecz jak najbardziej bliskim realności. Warto zwrócić uwagę na to, co rzeczywiście stało się zarzewiem głębokiej przyjaźni dziewcząt – eksplozja gniewu zdezorientowanej Il i potulność ufnej Gi. Gyon jawi się Il jako rażące brzydotą zjawisko, urągająca prawdziwemu życiu, niewykorzystana, a bezcenna drobina.



Rażące nieposłuszeństwo Il Sun stanowi złowieszczą zapowiedź nieuchronnej katastrofy, a szaleńczą niesubordynację przyćmiewa nieodparty urok dziewczynki, obejmując jej postać świetlistym nimbem i skłaniając do kiwania głową z estetyczną aprobatą. Wielkooka piękność o sercowatej buzi i gładkiej cerze wychowała się we względnym dobrobycie, pod patronatem munduru nieżyjącego ojca, pachnącym stęchlizną przeszłości i prestiżu społecznego. Il Sun jest cudem przedwczesnego dojrzewania, a jej kolejne przemiany można zobrazować, sięgając po jak najbardziej adekwatną metaforykę floralną. Nic bowiem lepiej nie zilustruje jej metamorfoz, niż  kolejne stadia rozwojowe kwiatu – od powabnego pączka, skłaniającego głowę ku słońcu, oplatanego robactwem ciekawości i pożądania, podsycanego pierwszym zauroczeniem, aż po uwiąd, odbierający stopniowo płatkom gładkość, by na koniec zabarwić je przykrą rdzą śmierci. W przypadku bowiem Il nie ma mowy o regresie, lecz całkowitym rozkładzie, dziewczyna z czasem przeobraża się we własną karykaturę.

Porażająca w jej biografii jest zamiana ról – dziewczynka nagle z córki staje się matką, opiekując się kobietą, której tożsamość przetrąci zagadkowe zniknięcie syna. Postać odważnego, mądrego brata będzie powracać w myślach Il przez całe jej krótkie życie. Tragedię matki do monstrualnej tortury wyostrza aparat władzy, nakazując całkowicie wydrzeć wspomnienia. Poświęcenie kobiety przybiera formę macierzyńskiego paradoksu, autoperswazjami gładzący własny życiorys zostaje okupiony postępującym zamieraniem, wypłukując wolę życia w postępującym uwiądzie.

Elektryzująca nonszalancja Il przemienia proces dojrzewania w zachwycający, lecz równocześnie przerażający swą cudownością spektakl. Zastraszona Gi nie może pojąć brawury przyjaciółki, często oskarżając ją o nadmierną ekspozycję swojej odporności na manipulację indoktrynacji, choć oczywiście nawet Il jest podległa odruchom myśli o konsekwencjach. Naturalny hedonizm ruguje jednak instynkt samozachowawczy, nakazując jej nadal tańczyć w balecie megalomanii, urokliwym, lecz śmiertelnie niebezpiecznym. Pewność siebie stanowi gwarant rezystancji na grożące jej sankcje, wynosząc oszałamiający wdzięk kobiecości do rangi największego atutu. Jest to cecha tak naturalna, że swoją immanentnością pozwala złamać nawet grożące jej zakazy, lecz w przyszłości będzie miała okazać się zgubną. Rozbujany narcystyczny witalizm i ostentacyjny hedonizm Il, teatralizującej każdy swój gest  przybierze niebawem formę ucieczek w sztuczne raje, mamiące ją pozorem własnej siły i pozwalające choć częściowo zapomnieć o koszmarze w którym żyje.


W późniejszym czasie duet dziewcząt Chosun powiększy się o kolejne ogniwa, z którego bardzo silnym, hartowanym wyklęciem i odtrąconą miłością jest Cho. Kiedy Il widzi ją po raz pierwszy, wpada w osłupienie nad jej dekadencką wulgarnością i swobodą, nie rozumiejąc jeszcze, że grube warstwy wyzywającego makijażu stanowią kamuflaż, mający utrudnić dostęp do jej prawdziwego jestestwa. Wygnana na ulicę głodem obdziela ciałem przypadkowych karmicieli, by ocalić swą rodzinę przed całkowitym wyniszczeniem, ucząc się, że powab jest ekwiwalentem szczątkowej sytości. Od dziecka pozbawiana aspiracji nawet przez własnych rodziców, ofiarność przypłaci wygnaniem z domu. Wyrzekając się własnej tożsamości i przybiera imię zamordowanej dziewczyny, równie nieważne, jak jej własne. Cho niewątpliwie ujmuje opiekuńczością i ciepłem, mimo pozornego oddalenia, jakie opiera się na gorzkiej nauce życia. Niestety, z czasem wolę jej życia, opierającą się na nadziei czerpanej z niepewności jutra, zabiera wynaturzona forma dobrostanu, jakim jest stosunkowo łatwo zaspokajany głód fizyczny. W jej nihilistycznym poglądzie na rzeczywistość liczy się tylko przetrwanie z chwili na chwilę. Niestety, niebawem i ten wątły puls instynktu życia będzie miał zagasnąć, stłumiony czerwiem niewoli, toczącej ją tak od zewnątrz, jak i od wewnątrz, utwierdzając w przekonaniu o niemożliwości ucieczki. Z biegiem czasu porażająca narzucona profesja staje się tylko jednym z elementów rzeczywistości, wyradzającym się w multiplikację mężczyzn, tak samo zezwierzęconych, brutalnych, ślepych. Doświadczenie i troskliwość upodabniają do niej Jasmine, która pomaga kobietom Chosun zgłębić zagadkę męskiej próżności, prowadząc je poprzez kolejne etapy straszliwego instruktażu.


Nie sposób pominąć milczeniem odbijających się w sobie postaci – Pani Cha, oprawczyni w kapitalistycznym świecie i kierowniczki Domu Sierot. Obydwie zostaną sportretowane w zaciszu sypialni – spartańskiej surowości i złudzeniu europejskiego luksusu. Twarze będą dla nich naturalnym chronometrem, z którego na podstawie biologicznych zmian odczytują własne zatracanie się i powolny rozpad oraz świadectwem istnienia dla świata. Kierowniczka, powstrzymywana od samobójstwa jedynie troskliwością o dziewczęta, spogląda na siebie zalękniona własną niewidzialnością. Szczotkując falowane włosy, poszukuje przyczyn samotności, udręczona dojmującą potrzebą bycia dostrzeżoną. Tkwi w tym czysto ludzka potrzeba miłości, przesączona ciepłym sentymentem, ale i koszmar spopielonej doktryną drobiny, ciśniętej na planszę ustroju. Jej rezurekcją staje się niespodziewane otrzymanie sekretu. Błędnie poczytywane za cichą admirację podarunki od Gianniego są coraz intymniejsze, od dziewczęcości zdobionej spinki, aż po koronkową bieliznę, stworzoną dla czyjegoś podziwu. Tajemnica i balansowanie na granicy prawa napełniają ją sensem istnienia, ubogacone ekscytacją oczekiwania. Sekret nadaje jej tożsamość. Kierowniczka staje się żywą wiązką ról – społeczny dyktat odpowiedzialność za wychowanki stapia się z rolą strażniczki, uzmysławiając nagle niszę w systemie, w której może bezkarnie przebywać, samowolnie zdobywając pożywienie dla dziewcząt.


Pani Cha to elegantka o zwiędłej urodzie, profesjonalistka wymuszająca surową dyscyplinę, pełna obrzydzenia do samej siebie i surowości, przybierającej formę nie pokornego samoponiżenia. Zakotwiczona jeszcze w skruszałych ideałach wielkiej młodzieńczej miłości i artystycznych porywach, zdeptała ostanie skrawki szacunku do samej siebie, z pogardą patrząc na swoją twarz, jako dojmujące świadectwo zmarnowanej na mrzonki młodości. Wieczory spędza wpatrując się z lustro, na rytuale okrutnego werbalnego policzkowania samej siebie w pasmach inwektyw. Nie zapomniała jednak o cieplejszych uczuciach – z serdecznością troskliwej babci odnosi się do swojego wnuczka poligloty – chluby staruszki. Obdarzy także sympatią pokorną Gi.


W opozycji do postaci kobiecych mamy mężczyzn. Proteuszowy znawca ludzkich słabości, Gianni to ujmujący młodzieńczą nonszalancją pionek na służbie silniejszych od siebie, a jego nieodzownym atrybutem jest skuter i niebieski kaszkiet. Surowy brygadzista, hołdujący wojskowemu rygorowi, odurzony przemyconym alkoholem,  wciąż rozpamiętuje przyczyny kalectwa, obarczając winą za nieukładność rzeczywistości względny spokój. Z kolei monopolista bezprawia, pan Choy, wirtuoz ekonomii wyzysku i samozwańczy twórca imperium prostytucji spada coraz niżej w otchłań uzależnienia. Dla jednego remedium na fizyczny ból będzie marzenie o utopii, inny odnajduje erotyczne upojenie w rozpaczy– każdy podąża za żądzą – zysku, zaspokojenia zmysłowego i zagłuszenia pustki postradanych ideałów

Ich przeciwwagą będą anioły, rozjaśniające ponury świat. Pierwszego Gi spotkała w gułagu, pod postacią opiekuńczej strażniczki, pozwalającej przetrwać tresurę. Innym będzie cień właścicielki restauracji, by w końcu znaleźć upostaciowanie w Samie, przeprowadzającym proste równanie empatii, wedle którego głód i zimno są atrybutem powinowactwa.


"Należało ją podziwiać za siłę, a nie gardzić nią za słabość."
[Ibidem, s. 29] 

Gyong Ho celowo pozostawiłam sobie na koniec, ponieważ to właśnie ona wykazuje się zdumiewająca żywotnością, ukrytą w zdeformowanym, kalekim ciele. Gi bez reszty poświęca całą siebie ideałowi ofiarności i znojnej pracy dla ku chwale Chosun, przeświadczona o tym, że nawet krzywy szew zostanie okupiony krwią wiernych obywateli. Tendencja do kumulowania w sobie win własnych i cudzych, zmuszające do poszukiwania dróg pokuty nie jest jednak najgorszym z jej upiorów. Gi toczy nieustanną walkę z mrocznymi wspomnieniami, przy czym nie jest jednoznacznie określone, na ile skuteczny był tu defensywny odruch wyparcia, na ile zaś polega na tytanicznej sile charakteru.

Krucha postać dziewczynki, na pierwszy rzut oka niemalże szkaradnej i nie tyle budzi odrazę, co niknie w zunifikowanym tłumie. Jej uniform – schludny, wręcz uroczysty duet bieli i granatu wieńczy kontrapunkt czerwonej czapeczki – równa ją z innymi dziewczętami z Białego Motyla.. Niezwykłość dziewczynki polega na ponadprzeciętnych zdolnościach matematycznych i zmyśle analitycznym. Gi, od początku nie pasuje do założeń świata – świadczy o tym nawet jej imię, będące surogatem męskiego potomka. Szybko przekonuje się, jak niebezpieczna jest niedbałość i bezsprzecznie jej pokora upodlonego zwierzątka, stanowi pokłosie traumatycznych, a niezasłużonych doświadczeń dzieciństwa. Ofiara nonsensownej sankcji za przewinę opiekunów, ale również własnego języka, składa niewinny donos, który natychmiast jest weryfikowany przez urzędników w urzędowej kontroli.

Na mocy słów dziecięcej naiwności cała rodzina trafia do łagru, gdzie Gi nabiera przeświadczenia, że śmierć przynosi ulgę. Kolejno traci wszystkich bliskich, a sama zostaje wchłonięta przez przestrzeń obozu pracy. Brud reifikacji porasta jej maleńkie, wychudzone ciało, poddane tresurze katorżniczej pracy. W transpozycji śmierci na wolność nie ma ani śladu metafizycznych wzlotów – oceny rzeczywistości dokonywane przez dziewczynkę o zdumiewająco analitycznym, precyzyjnym umyśle są nadzwyczaj trafne, pozwalając na pogodzenie się z kolejnymi rozstaniami, z których chyba najbardziej dojmującym będzie funeralny obrzęd początku, który się jeszcze nie zaczął. Brud obozu przesiąkający mentalność jej współtowarzyszy niedoli obejmie ciało, czyniąc z niego zeskorupiały pancerz, ciężki, uderzający fetorem ubóstwa i pozbawienia godności. Mimowolna winowajczyni pragnie teraz zadośćuczynić każdej, nawet cudzej zbrodni, jakby nieustannie odżywał w niej koszmar własnego wyroku, wydanego na rodzinę. Obezwładniający lęk, który potęguje w niej wszelki przejaw cudzej niesubordynacji i potencjalna możliwość własnego grzechu przeciwko Umiłowanemu Przywódcy wymusza na niej kompulsywne samoponiżanie się i wymyślanie sobie kar.


Jeżeli miałabym przyrównać Gi do jakiejś rośliny, byłaby to trawa – nieśmiertelna, wciąż odradzająca się, choć nigdy nie umierająca – jej instynkt przetrwania może być osłabiany, lecz nigdy nie zanika. Elastyczne, podatne na odkształcenia źdźbła pospolitych traw, niepozorne i często po prostu nie zauważane, chylą się pod naporem po to, by przeczekać zionięcie destrukcyjnego żywiołu i odrodzić się z tym większą mocą – tak i Gi. Podczas gdy Gi chce poznać świat, Il chce go używać.

Nic nie jest w stanie odebrać jej woli walki, a jej odporność wynika z niezgłębionej zagadki, którą w sobie mieści. Segmentacja rzeczywistości i niemalże finezyjny w swej odruchowości dar liczenia pozwala jej opanować strach i wepchnąć w głąb siebie wzbierającą falę niechcianych wspomnień. Przede wszystkim jednak stanowi niszę, w której skrzywdzona dziewczynka może się bezpiecznie ukryć. Gi sprawnie odkrywa powiązania pomiędzy zjawiskami i jej niesamowity talent długo pozostanie niewykorzystany. Zaskakujące celnością konkluzje pozwalają jej zagłuszyć kumulację wewnętrznego smutku, który niekiedy ociera się o granice implozji. Kiedy Gi przekracza okrutną granicę braku łez, rozbrzmiewa już w niej tylko dalekie echo głuchego buczenia. Nic więc dziwnego, że z miejsca pokocha świetlistą, eteryczną Il Sun, przyciągającą ją do siebie na podobieństwo solarnego magnesu. Aspekt słoneczny osobowości wyzywającej ślicznotki i kamienna mimikra niewzruszonego głazu Gi będzie fundamentalną opozycją je łączącą.

Chaotyczna przestrzeń z natury wymusza potrzebę kosmicznego ładu, nic więc dziwnego, że dziewczynka szarpana skurczami martyrologicznych kleszczy potrzebuje solidnego punktu oparcia w karykaturalnej rzeczywistości. Terapeutyzm porządkowania przestrzeni w desperackim akcie liczenia wszystkiego, co tylko znajdzie w zasięgu swoich przerażonych, niekiedy drażniących oprawcą pustką oczu, batalie o niepamięć i duszenie się w pętli wspomnień łączą się razem z liryczną wrażliwością. Dziewczynka zauważa nawet najdrobniejsze niuanse, zaprawiające jej perspektywę oniryzmem – jak na przykład dźwięki księżyca w jej głowie czy zapach wschodu słońca.

Gi kocha swoją towarzyszkę, o skórze pachnącej słodkim ryżem, a jej miłość wykracza poza zwykła dziewczęcą przyjaźń, przeradzając się w fizyczne pragnienie bliskości. Dziewczynka podkrada ciepło ciała Il i choć złodziejska intymność bezlitośnie zostanie odtrącona przez przyjaciółkę, Gi naraża się na ofuknięcia śpiącej, by choć trochę ogrzać swoją wyziębioną niedoskonałość. Asynchroniczny rytm dojrzewania pogłębia dzielące je różnice, najsilniej jednak uwidaczniając się w dychotomii potrzeby bliskości i swobody

"Życie było ciężkie, ale było skarbem (…)".
[Ibidem, s. 28]

Martyrologia kobiet Chosun przysłaniana jest przez pozorem, wydelikacanym przez strach przekraczający wszelkie granice, ocierając się o paranoiczne zapadanie się w sobie. Z biegiem czasu staje się on drugą skórą, bliższą nawet, niż ziarno duszy, spychane na dno własnego jestestwa. Kwestią fundamentalną w świecie kobiet Chosun jest tożsamość, ściśle określona mocą państwowego dokumentu, ale przede wszystkim imieniem, mającym funkcję tarczy. Spośród dziewcząt tylko Gi nie ulega pokusie zatajenia siebie pod pseudonimem – od początku do końca zachowując swoje chłopięce miano i wydaje się, że jest to jedna z gwarancji jej siły. Jako jedyna również nie potrzebuje ukrywać się pod wymyślonym imieniem – posiada stabilny punkt oparcia, którym jest ucieczka w głąb samej siebie, wspinaczka po krystalicznych sieciach doskonałych liczb. Jej przewaga polega na nieustannym zgłębianiu zagadki wszechświata i braku strachu przed śmiercią.



„Wiosenne dziewczęta” okazały się nie być bukietem delikatnych świeżych kwiatów, lecz zderzeniem ze światem absurdu politycznej opresji i rozgałęzień represji sięgających aż w głąb trzech generacji, w którego matni szamocą się bezbronne obywatelki. Spotykamy odzierane z godności wiotkie istoty, wykorzeniane z poczucia przynależności do jakiegokolwiek ze światów, ideałów i fantazmatów przyszłości, a zwykłość kobiecych marzeń ma olbrzymią moc, podkreślając komfort naszych własnych żyć. Poddawane warunkowaniu od urodzenia, najpierw uczone są bezwzględnego posłuszeństwa i ślepej wiary w sfałszowane, doskonalone zakłamaniem ideologów życiorysy przywódców, nieskazitelnych, posągowych opiekunów, czuwających litościwie nad niegodnymi nawet splunięcia obywatelami. To kraj, w którym wieloznaczność pukania wyzwala niepowstrzymaną falę paniki i żądzę ucieczki przed marionetkami aparatu władzy, a jedno słowo może wywołać lawinę krzywd. 

Autor: Brandon W. Jones
Tytuł: „Wiosenne dziewczęta”
Tytuł oryginału: All Woman and Springtime”
Wydawnictwo: Wielka Litera
Strony: 448
Ocena:5/7

Razem z „Wiosennymi dziewczętami” czytelnik ma okazję odbyć podróż po wewnętrznych enklawach każdej z postaci, balansując na granicy przeszłości a teraźniejszości, gdzie przyszłość jest jedynie mrzonką. Niespodziewanie emocjonalna, drastyczna, wymagająca uporania się z burzą wyzwolonych uczuć. Czy jest w tym szkwale oczyszczenie – nie wiem… Z pewnością gniew i niezgoda – po raz kolejny na dojmującą bliskością krzywdę, nadal toczącą współczesność. Napiszcie więc, proszę, czy znacie „Wiosenne dziewczęta”? Czy na dnie ich oczu odnaleźliście bodaj ziarno nadziei?

Z ciepłymi rozkosznymi przebudzeniami

wietrzne pocałunki

Karpacka Biel

12 komentarzy:

  1. Jak dobrze, że już wiosna się z nami wita, uwielbiam, kiedy w pobudzający sposób nakłania mnie do porządkowania przestrzeni wokół mnie, ale również do znalezienia wewnętrznej harmonii, pozbycia się z siebie tego co niepotrzebne, tak aby zwolnić miejsce na nowe, świeże i szalenie barwne w opozycji do szarości ostatnich tygodni. :) Książki, którą przybliżasz w tak piękny i ciekawy sposób, jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Wydaje się, że znalazłabym w niej wiele aspektów, które później krążyłyby w mojej głowie. Choćby to jak bardzo różni się nasze postrzeganie świata, jak różne są osobowości ludzi, jak mieszają się talenty i uzdolnienia, a także jak okrutny i pozbawiony nadziei musi wydawać się świat dla uczestniczek tak dramatycznych zdarzeń, jakby los nie miał dla nich nic do zaoferowania oprócz zawiedzenia, bólu i cierpienia. Z zainteresowaniem oddam się tej lekturze. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izabelo, jak miło czytać, że wspólnie dzielimy radość oczekiwania na wiosnę, ale w tym roku jakoś jej nadejście niebywale się przedłuża :) Twoja wiosenna krzątanina ma w sobie znamiona corocznego rytuału, a odzwierciedla wrażliwość i życie zgodnie z rytmem Natury, zasłuchanie w świat. Rzeczywiście - to pora, w której i mną targa jakiś mrówczy niepokój do prób zaprowadzenia porządku, ale najsilniej chyba rwę się do zrzucenia w końcu ciężkich warstw okryć i trzewików :)

      Znając Twoją wrażliwość i bacznie obserwując Twoje czytelnicze doświadczenia podejrzewam, że owszem - w twarzach "Wiosennych dziewcząt" wyczytałabyś moc wzruszeń, które nie pozwoliłyby Ci przez jakiś czas spocząć, rozbudzając ciekawość, poczucie niesprawiedliwości i pałając ogniem pytań, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Głęboko poruszyła mnie trafność Twej hipotezy, odnoszącej się do ubóstwa samego losu dla bohaterek. No właśnie - skąd te nierówne deputaty doświadczeń?

      Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła poznać Twoje spostrzeżenia na temat tej powieści :)

      Usuń
    2. Sprawdzałam, niestety nie ma jej w mojej bibliotece, ale mam ją podkreśloną na zielono na swojej czytelniczej liście, co oznacza, że przynajmniej raz w tygodniu wpada mi w oczy ten tytuł. A propozycję powiększenia bibliotecznego księgozbioru zapodałam, więc może niedługo będę mogła cieszyć się tą przygodą czytelniczą. :)

      Usuń
    3. Izabelo, wyobrażam sobie Twoje wyprawy do bilbioteki jako prawdziwe podboje. Wydaje mi się, że żadna z półek nie ma przed Tobą żadnych tajemnic i znasz jej zbiory na równi z jej opiekunkami :)

      Zaciekawiłaś nie i zainspirowałaś swoją listą czytelniczą. Rzeczywiście, nie wpadłam na to, że można oznaczać lektury kolorami! Ależ ze mnie wartogłów! Przecież to znakomity sposób na wartościowanie konkretnych wyborów! :D Od dziś wprowadzam go w życie!

      Usuń
  2. Il Sun wydaje mi się taka bliska memu sercu, mocno do mnie podobna... Boję się takich odzwierciedleń samej siebie w literaturze.

    W Cho również znalazłabym wiele z siebie, choć ja nie maskuję się makijażem a zachowaniem. Taka reakcja obronna, która pozwala na zakamuflowanie prawdy o sobie i ukrycie się za maską klauna. Nie jest to zdrowa postawa, ale jakże typowa dla kobiet.

    Z kolei to, jak piszesz o metaforyce tej powieści sprawia, że od razu mam ochotę po nią sięgnąć. Tyle kuszących smaczków wydobyłaś z tej historii! Tyle pięknych słów o wiośnie napisałaś! Od razu, mnie, Twojemu skromnemu czytelnikowi, robi się cieplej na sercu i duszy. Mimo że nie jest to literatura łatwa i spodziewam się tutaj wiele bólu, chciałabym móc zatopić się w tę opowieść.

    A wiosna, ach wiosna! Niech ona nareszcie nadejdzie.

    PS. Ubolewam nad taką skąpą liczbą zdjęć. Uwielbiam rozkoszować się Twoimi fotograficznymi dziełami sztuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klaudyno, dziękuję za Twoje słowa :) Są przepojone subtelnością, empatią, ale również zabarwia mi tak dobrze znany strach, przejmujący dreszczem nagłego odnalezienia, utożsamienia... Tak, identyfikacja z postacią bywa bolesna, przerażająca, zwłaszcza kiedy uzmysłowi się sobie samej tragiczną styczność z danym bohaterem.
      Wiesz, że w introwertycznej Il Sun odnalazłam Piękno, gorące życzliwością i pragnieniem niesienia pomocy, kojarząc je właśnie z Tobą? A podobieństwo wzmaga jeszcze analityczność umysłu dziewczynki <3

      Masz rację również w kobiecych ucieczkach za fasady - pozorowanej odwagi, stanowczości, wachlarze kokieterii, która jest tak naprawdę wstydem... Wydaje mi się, że niestety większość z nas walczy z wewnętrznym demonem kompleksów i bardzo pragnę, byśmy w końcu nabrały odwagi. Wprawdzie potrafię mówić otwarcie i dosadnie w naszym damskim gronie, ale przeciwstawić się komuś z zewnątrz? Chyba już nie...

      Klaudyno, cieszy mnie zarówno fakt, że zachęciłam Cię do sięgnięcia po tę powieść, jak i Twoje uznanie dla moich zdjęć <3 Dziękuję! Nie mogłabym chyba otrzymać wspanialszego impulsu do wzbogacania moich wpisów większą ilością zdjęć i w przyszłości nie omieszkam tego zrobić. Bałam się, by nie były one przeładowane fotografiami, ale teraz... Teraz każde zdjęcie zadedykuję Tobie <3

      Usuń
  3. Powiem ci, że przepięknie piszesz - widzę cię jako autorkę poezji lub naprawdę cudownej prozy - chciałabym kiedyś mieć na półce coś twojego autorstwa.
    Tęsknię już do wiosny i mam nadzieję, że niedługo rozpocznie się ona na dobre. Kocham tę porę roku.
    Bardzo chętnie przeczytałabym tę książkę, gdyby tylko wpadła mi w ręce :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, że mnie odwiedziłaś! Tak miło mi gościć Cię w moich skromnych progach i to natychmiast otrzymując cały bukiet serdecznych słów i pochwał <3

      Twoje wyrazy uznania dla moich umiejętności są mi słodsze niż miód i wręcz zatracam się w nich :) Jeżeli przyszłość okazałaby się na tyle łaskawa, to ja byłabym zaszczycona, mogąc wzbogacić Twoą bibliotekę o owoc mojej twórczości.

      O tak, miejmy nadzieję, że wiosna wyłoni się zza horyzontu jak najszybciej. Zwiastuni już oszałamiają zapachami, cieszą oczy zawiązujące się pączki liści i pierwsze kwiaty, lecz gdzie ciepłe słoneczne tchnienia? Na razie mamy tylko ciepły aromat ziemi, ale już niebawem wkroczymy w nowy kwartał.

      Jeżeli tylko przeczytasz "Wiosenne dziewczęta" chętnie zapoznam się z Twoją opinią :)

      Usuń
  4. Mam wrażenie, że jest w Gi mimo wszystko jakaś wewnętrzna siła, a chociaż nie tylko ona próbuje jakoś sobie radzić, to jej działania fascynują mnie najbardziej. Ta chęć zachowania cząstki siebie ma w sobie bardzo emocjonalny wydźwięk.

    Nie przepadam ostatnio za lustrami, nie lubię się sobie przyglądać, ale przypomniałaś mi tym fragmentem swojego tekstu takie dziwne uczucie, które czasem temu towarzyszy - oderwanie od siebie, jakby tam w odbiciu był jednocześnie ktoś bliski i daleki. Trudno to opisać i nigdy nie miałam ku temu okazji - aż do dziś :)

    Widać jak uważnym i zaangażowanym jesteś czytelnikiem, jak bohaterowie przestają być tylko opisem, a stają się - w wyobraźni, w twoich słowach - żywi. To naprawdę piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, miło mi czytać Twoje słowa tym bardziej, że chyba intuicyjnie jako wrażliwa czytelniczka wyczułaś skrytą w kruchej i niepozornej Gi potęgę, która pozwala dzielnie stawiać czoła okrutnej rzeczywistości. A przy tym nie umknęła Ci taktyka przetrwania pozostałych dziewcząt. Tak, batalia o wywalczenie sobie tej iskry własnego jestestwa dojmuje czytelnika, naświetlając jednocześnie jak my same potrzebujemy skrawka niezależności.

      Świat ukryty za lustrzaną taflą może niepokoić, zwłaszcza że przecież nie możemy dostrzec w nich prawdziwych siebie ;) Jedynie swe odbicia - czy to nie dziwne? Niepokojące, owszem, ale uruchomiłaś prąd relfeksji już dawno zatamowanych - o próbie samopoznania, odnalezienia swego własnego kształtu. Bardzo trafnie to ujęłaś, "oderwanie od siebie" chyba najbliżej i najcelniej ujmuje to przejmujące wrażenie, towarzyszące dłuższej kontemplacji swojego oblicza.

      Jestem bardzo wdzięczna za słowa domykające Twój komentarz :) dzięki nim czuję się jak animator światów wywołanych cudzym wprawdzie piórem, ale ożywianym moimi uczuciami i wyobrażnią :)

      Usuń
    2. Wiesz, gdy teraz tak myślę jeszcze o Gi i jej uczuciu do Il, to skojarzyła mi się z jedną z bohaterek powieści Murakamiego "Sputnik Sweetheart" - z Sumire. Nie wiem czy miałaś okazję czytać, ale polecam :)

      Usuń
    3. Kasiu, po pierwsze jestem szczęśliwa, że moje wrażenia zaszczepiły w Tobie tak silne refleksje. Po drugie, dziękuję Ci po stokroć, że się nimi ze mną dzielisz - są dla mnie naprawdę cenne i pozwalają mi poszerzyć me perspektywy, zwłaszcza że sama rownież lubię porównywać poszczególnych bohaterów, łączyć je w zwierciadlane pary. Niestety, wstydliwe to będzie wyznanie, lecz nie znam aż dotąd żadnej z książek Murakamiego, lecz skoro Ty poruszasz jego temat, oznacza to, że mam spore zaległości. Będe chciała jak najszybciej je nadrobić :)

      Usuń