sobota, 7 stycznia 2017

Tchórzliwe pragnienie - "Koralina" Neil Gaiman

Strachliwe ze mnie stworzenie – przyznaję uczciwie. Strachliwe tak haniebnie, że na samą myśl o niektórych silnie zakorzenionych, wewnętrznych lękach drętwieje mi skóra i oblewa lodowaty pot, a paznokcie wbijają we wnętrza dłoni. Tym razem nie mam na celu swym wyznaniem wzbudzać litości, lecz zamierzam podnieść rękawicę (może być seledynowa, czemu nie?) i stawić czoła lękom. Jednym z moich noworocznych postanowień było zrzucenie przemoczonej pelerynki tchórza i pierwszym krokiem stał się zwrot do źródeł, a więc nauka od najlepszych. W książkach już nie raz i nie dwa znalazłam odpowiedź na dręczące mnie pytania. Jako wielbicielka światów, wyczarowywanych przez Neila Gaimana uznałam, że najlepszą nauczycielką będzie rezolutna dziewczynka, z którą łączy mnie aż niezdrowy poziom identyfikacji. Chyba domyślacie się, że chodzi o Koralinę, prawda?



Powrót do dobrze znanej opowieści przyniósł jednak coś ponad radosne uniesienie, spowodowane odnalezieniem niemal zapomnianych urzeczeń. Jak to zazwyczaj bywa, ponowna lektura zaowocowała reinterpretacją, a skupienie na ściśle sprecyzowanym zagadnieniu poszerzyło się o kolejne zaskakujące odkrycia, pojawiające się właśnie teraz, kiedy dręczy mnie dojmująca potrzeba rozjaśnień wielu kwestii.  





Wirtuozeria Gaimana polega na tym, że powoływane przez niego światy pociągają swą mieniącą się znaczeniami wielowarstwowością. Autor kształtuje przestrzeń za pomocą przedmiotów tylko pozornie dobrze znanych i złudnie poczciwych, a czytając „Koralinę” można odnieść wrażenie, że rzeczy są tu bohaterami na równi z innymi postaciami. Mieszkaniec nie może ufać swym domowym sprzętom – krzesło, łóżko czy martwa natura nie zachowają swej stałej formy, a płynność kształtu upodabnia je do efemeryd, z którymi styka się dziewczynka, podejmując wyzwanie drugiej matki. Z jednej strony intryguje mnie pamięć pomieszczeń – ślady starych, wysłużonych mebli odciśnięte w kurzu, bezradność sprzętów porzuconych czy niechcianych, a z drugiej przechodniość samych przedmiotów. Pokoje zdają się więc być ramami, scalającymi rzeczywistość. Nie sposób również nie dostrzec znaczącej roli kostiumów – pojętych zarówno jako przebranie (piżamka Koraliny mająca gwarantować jej zwycięstwo*), jak i ciało, które są tylko przechodnią, czysto użytkową formą materializacji koszmaru.



Podążanie za błyskotliwą Koraliną jest atrakcyjne dzięki ciągłemu ruchowi i zmianie scenografii oraz wyrazistości wprowadzonych postaci. Soczyste, momentami przezabawne dialogi pomiędzy nimi, stanowią nie tylko źródło przyjemności, ale zarazem zaszczepiają refleksję nad aktem samego mówienia, nie zaś rozmowy. Mam tu na myśli nie tylko nadwątloną więź pomiędzy światem dorosłych i dzieci, lecz również bezzasadne wrażenie porozumienia między samymi dorosłymi. Pedagogiczność niektórych sposobów rodziców Koraliny na organizację czasu córce skwituję wielomównym milczeniem, świadoma, że tak właśnie funkcjonuje niekiedy współczesny model wychowania ;) 

Panny Spink i Forcible, zagasłe gwiazdy, wciąż pielęgnujące wyblakłe marzenia o latach minionej świetności, zajadają się skamielinami landrynek oraz zakurzonych sukcesów i przeżuwają niedopowiedziane zdania, mgliste projekty i strzępy nieziszczalnych marzeń. Z kolei opętany wizją stworzenia mysiego cyrku pan Bobo przykuwa uwagę cudzoziemską ekscentrycznością, dzieląc się postępami na gruncie swoich zamierzeń. Galerię barwnych postaci ozdabia kocia nonszalancja, której egzystencjalne doświadczenie wytrawnego znawcy życia przybiera wdzięczną formę sardonicznych niekiedy spostrzeżeń.   



Teraz silniej jeszcze wybrzmiały dla mnie sugestywne opisy spowitych mrokiem zakamarków domu i ogrodu, a podziw dla zręcznych porównań i metafor autora nie osłabł. Nieprzenikniona biała ściana mgły, przeczucie niebezpieczeństwa, mające zapach wilgoci i powolności oraz różnego rodzaju przejmujące dźwięki tak bujnie porastają naszą wyobraźnię, ponieważ zestawia się je z codziennymi, lecz pomijanymi zjawiskami. Wydaje mi się, że wspólnota doświadczeń bohaterki i odbiorcy stanowią o całkowitym zniesieniu dystansu między tym duetem.



Śmiała eksploratorka otaczającego świata mnie samą zachwyca swą spostrzegawczością, niekiedy dziecięcą naiwnością, innym razem odważnym zakreślaniem granic własnych upodobań – gwizdanie jako odpędzanie niebezpieczeństw czy niewinna zazdrość programów dla dorosłych, albo sny przypominające przerwaną transmisję telewizyjną idą w parze dla nieustannego zaskoczenia absurdalnością realiów dorosłości. Właściwa dziecku ciekawość świata i chłonięcie go wszelkimi zmysłami miesza się tu z urokiem drobnych pragnień – jak marzenie o seledynowych rękawiczkach, czy zabawie z rodzicami.

Mocno zarysowane jest również pojęcie samotności i miłości – czy to wynaturzonej postaci caritas, ucieleśniane przez groteskową egoistkę, powołującą do istnienia żałosne i niewystarczalne, ponieważ wyziębione zachłannością symuklary, czy właśnie w znudzeniu Koraliny, domagającej się uwagi zapracowanych rodziców.  



Zmiennokształtność i amorficzność świata Koraliny przerażają, a zarazem ukazują nietrwałość naszych własnych lęków i co ważniejsze – pragnień. I właśnie w tym miejscu chciałabym się z Wami podzielić bezbłędnym, uderzającym prawdziwością i rozpaczliwą szczerością wyznaniem samej Koraliny, ciśniętym w geście samoobrony drugiej matce:
"Ja wcale nie chcę wszystkiego, czego pragnę. Nikt tego nie chce. Nie tak naprawdę. Co to za zabawa dostawać wszystko, o czym się marzy tak po prostu? Wtedy to nic nie znaczy. Zupełnie nic." [s. 128]

Czy należy coś dodawać? Wydaje mi się, że należy tylko powściągnąć instynkt chęci posiadania i po prostu wytrwale dążyć do założonych sobie celów, nawet jeżeli po plecach przebiegają stada łasic panicznego lęku. Miernikiem wartości jest trud włożony w jej osiągnięcie – być może to rażący pustką, wyświechtany aksjomat, lecz dla mnie, niezmiernie istotny. Odświeżanie na pierwszy rzut oka kostycznych, a w gruncie rzeczy odrzucanych prawd wydaje mi się cenne o tyle, że może pomóc w zmaganiach ze strachem – czy to wyobrażonym czy realnym.

*Ciekawostka: Nie wiem, czy w Waszych egzemplarzach również występuje różnica w kolorze bucików Koraliny - początkowo dziewczynka zakłada różowe, natomiast, kiedy już zakłada z powrotem swoją piżamką, zdejmuje pomarańczowe buciki. Ot, zagadka. ;) 

Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Koralina
Tytuł oryginału: Coralina
Wydawnictwo: MAG
Strony: 169
Ocena: 7/7




A czego Was nauczyła Koralina? A może jakaś inna postać pomogła Wam w walce z własnymi lękami? Podzielcie się, być może i mnie poprowadzi zwycięsko przez las obaw. 


Przesyłam tysiąc mroźnych pocałunków

Karpacka Biel



6 komentarzy:

  1. To było moje pierwsze spotkanie z Gaimanem, wiele lat temu. Nie podołałam, nie przebrnęłam. Wtedy jednak byłam dopiero na początku swojej drogi polegającej na poszerzaniu literackich horyzontów, więc możliwe, że dziś odebrałabym ją zupełnie inaczej. Chętnie poznam Koralinę raz jeszcze, może i mnie czegoś nauczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klaudyno, bardzo dziękuję Ci za podzielenie się ze mną Twoimi wrażeniami - choć niestety zwieńczonymi lekkim rozczarowaniem. Na niektóre książki po prostu musi nadejść odpowiednia chwila, nasze lektury zdają się dojrzewać wraz z nami, inne nie pasują do danego momentu, ponieważ najwyraźniej ich wówczas jeszcze nie potrzebujemy. Ja teżwiele książek odtrącałam, do innych nie zmuszę się z zasady :D

      "Koralina" była moja wyczekiwaną lekturą. Mam nadzieję, że kolejne z nią spotkanie będzie o wiele przyjemniejsze i odciśnie w Twojej pamięci miły ślad. Podejrzewam również, że jako osoba tak dojrzała mająca tak imponujące zasoby wiedzy dawno już wyzbyłaś się tchórzliwości.

      Przesyłam moc wyrazów wdzięczności i ciepłych uścisków :)

      Usuń
  2. Wspaniały i barwny opis tej opowieści. Bardzo się wciągnęłam podczas czytania tego wpisu! Koralinę czytałam dawno temu i powiem szczerze, że nie pamiętam o czym była, a Ty mi przypomniałaś. Dziękuję! Może jeszcze kiedyś wrócę do tej pozycji, bo jest fascynująca, a może zilustruję moje wrażenia kiedy ponownie ją przeczytam. Mogę powiedzieć, że jeż lęków nie mam gdyż zabrał mi je wszystkie Bóg! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dino, dziękuję Ci za Twoje ciepłe słowa, które zwieńczyła nawet mała zapowiedź Twoich przyszłych dzieł. ;) Cieszę się, że moje refleksje odświeżyły Twoje wspomnienia. Będę zachwycona, jeżeli okazę się, że powtórna lektura stanie się dla Ciebie źródłem inspiracji, ponieważ będę mogła podziwać Twoje nowe, zawsze bezbłędne ilustracje.

      Słowa pozbawione cienia lęku wywołały na mej twarzy uśmiech ukojenia, Dino. Teraz to ja jestem Ci winna wyrazy wdzięczności. <3 Świadectwo niezgłębionej wiary zawsze zalewa mnie łagodną falą spokoju. Ten wieczór będzie więc baśniowo spokojny.

      Usuń
  3. Przypomniałaś mi o tej książce, tylko dlaczego ja ją inaczej zapamiętałam, być może czas, aby ponownie się jej przyjrzeć, spojrzeć na nią z Twojej perspektywy. Jest coś niesamowitego w odkrywaniu tych samych książek na nowo, to tak jakby lepiej poznawać siebie samego. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izabelo, miło mi, że mogłam przywołać Twoje wspomnienia o "Koralinie" i wzbudzić pragnienie, by odkryć ją na nowo, przez pryzmat moich wrażeń. To prawda - w czytelniczych powrotach tai się magia poznawania samego siebie. Nagle objawiają się zapomniane, czy może zatartel ub już niewystarczajace wartości, okazuje się, że rozumiemy więcej albo przenosimy uwagę na zupełnie inne, dotychczas pomijane aspekty. Nasze lektury dojrzewają razem z nami albo krzepną w dawnych, już teraz niezrozumiałych zachwytach. :)
      Chętnie poznam Twoje najświeższe przemyślenia o Koralinie <3

      Usuń